IRAN - Relacja z wyprawy

Lądujemy za 20 minut-  oznajmia pilot interkomem.  Wypuszcza podwozie. Po chwili samolot wznosi się gwałtownie do góry. Ponownie przelatuje nad piaskowo-brudnymi wzgórzami. Na lotnisku im. Imama Chomeiniego w Teheranie nie zdążył wylądować poprzedni samolot- oznajmia po dłuższej chwili niepewności pilot.  Stąd to dodatkowe kółko.  Tak rozpoczyna się  przygoda grupy Gotramping po Iranie.
 Kilkadziesiąt minut później lądujemy bez przeszkód na IKA (Imam Khomeini Airport) pod Teheranem. Wszystkie panie wychodzą na lotnisko w chustkach na głowach, wszak jesteśmy w państwie ajatollachów. Jest druga polowa lutego. W Polsce mnóstwo śniegu. W Teheranie leżącym na wysokości ponad 20000 metrów n.p.m. pachnie wiosna. Temperatura  powyżej 15 stopni. Do odprawy celnej podchodzi nasza 3-osobowa grupa: 2 dziewczyny- Magda i Joaśka i ja. Jakie wrażenia przyniosą nam najbliższe 3 tygodnie?- zastanawiam się szykując paszport .
Odprawa celna przebiega nadzwyczaj szybko. Kontrola paszportów. Potem jeszcze odprawa bezpieczeństwa, przez którą zobowiązani są przejść  wszyscy. Nic z tych rzeczy; jesteśmy przepuszczeni poza kolejka. Irańczycy stoją karnie czekając na kontrolę.  Obowiązkowa wymiana pieniędzy na lotnisku. Wymieniam drobne. Kantory na lotniskach maja zawsze najwyższy kurs.
Łapiemy taksówkę do Teheranu. Stolica  Iranu jest oddalona o jakąś godzinę drogi od IKA. Uzgadniamy kwotę za przejazd z taksówkarzem  ale zaraz wynikną płatnicze nieporozumienia.
Kiedy wysiadamy  przed hotelem z żółtej taksówki marki sapia, teherański taksiarz domaga sie znacznie wyższej kwoty niż ustalona. Asia i Magda są świadkami kłótni. Niezły początek wycieczki- konstatuję.  Idziemy z taksówkarzem Alim  do hotelu. Tu recepcjonistka, obowiązkowo w czarnym mancie- irańskim  płaszczu, tłumaczy nieporozumienie. Na szczęście zna angielski. Targuję cenę do 25 dolarów.  Wydaje sie to dużo, gdyż informator wspomina o 10-20 dolarach Ale z niesmakiem zgadzam się. Awantura okazuje sie zbawcza. Uczymy sie waluty irańskiej. Jest tu z lokalnym pieniądzem poplątanie materii. W Iranie walutą oficjalną jest  rial. Ale ludzie rozliczają sie również w tomanach. To jakby mocniejsze pieniądze. 1 toman równa sie 10 rialom. Czasem cenę otrzymujesz w jednej walucie, czasem w drugiej. Trzeba szybko przeliczyć. I nie tracić głowy.

Teheran

Rzucamy plecaki w pokoju i ruszamy na miasto. Pierwsze skrzyżowanie i o mało nie rozjechał mnie  skuter. Młody Teherańczyk miał pół szerokości ulicy dla siebie ale pojechał prosto na mnie. Skręcił w ostatniej chwil omijając mnie o włos. To przedsmak tego co nas będzie czekać.  Ruch na ulicach Teheranu to kompletny chaos. Nikt nie przestrzega znaków i sygnalizacji  świetlnej. Jeżdżą pod prąd. A skutery po prostu suną gdzie popdadnie, w tym po chodnikach.  Nie umiem powiedzieć jak to funkcjonuje bez większych problemów ale funkcjonuje. Mieszka tu oficjalnie 10 milionów ludzi i jeżdżą  pewnie setki  tysięcy aut.
Nasz hotel nazywa sie Markazi i mieści siew centrum Teheranu przy ulicy Lalehzor. Niedaleko znajduje sie ambasada amerykańska-„ gniazdo szpiegów”.  To atrakcja turystyczna od czasu, kiedy studenci teherańscy wzięli zakładników spośród personelu ambasady w 1979 roku, naruszając eksterytorialność  placówki.  Działo się to na fali rozruchów rewolucyjnych po upadku szacha i objęcia władzy przez przywódców religijnych, w tym ajatollaha Chomeiniego. Idziemy zobaczyć słynne propagandowe graffiti na murach.
 Wyczytaliśmy w przewodniku, ze najlepiej przechodzić przez ulicę "podczepiając" sie pod przygodnie spotkanego Irańczyka. I tak robimy przy tak szalonym ruchu. Samochody mijają nas dosłownie na centymetry ale przechodzimy bez przeszkód. Mimo to, za każdym razem , kiedy przekraczam ulicę, serce mam w gardle.  
Ambasada Stanów Zjednoczonych jest w centrum. To właściwie  kwartał ulic otoczony murem z budynkiem przedstawicielstwa amerykańskiego.
 
 Ambasada jest zamknięta . Na murach wymalowane  graffiti propagandowe:  z Chomeinim jako ojcem rewolucji z 1978 roku  i statua wolności z trupią czaszką zamiast twarzy kobiecej.  Spodziewałem się czegoś więcej.
Następnego dnia rano jedziemy zobaczyć wieżę Azadi. To cos w rodzaju luku triumfalnego, który zbudował jeszcze szach Reza Pahlavi.  Azadi wznosi sie na zachodzie Teheranu. Wsiadamy zatem do autobusu  miejskiego. A tu obowiązuje oczywiście segregacja płciowa. Dziewczyny wsiadają osobnym wejściem i ja osobnym. Stajemy po dwóch stronach barierki przedzielającej autobus.  Z tylu, gdzie siedzą Magda i Aśka czerni sie od czarczafów Teheranek.   Wszyscy jada bardzo grzecznie. Uderza mnie spokój ludzi, którzy w tym szalonym mieście odnoszą sie do siebie nadzwyczaj uprzejmie. Nie przepychają. Gdy pytam o wieże Azadi pasażerowie na wyścigi próbują mi wytłumaczyć w farsi czyli języku Irańczyków, gdzie mam wysiąść.
A jak płacą za bilety kobiety, bo mężczyźni podchodzą do kierowcy z przodu,  może ktoś zapytać? Panie wysiadają tylnym wyjściem i podchodzą do przednich drzwi płacą za bilet.  Nie widzę najmniejszego śladu rozdrażnienia czy niezadowolenia  na ich twarzach, kiedy się przyglądam.
Azadi, to wieża o pięknym kształcie trochę przypominająca mi secesyjną miękkość linii. Ma ponad 70 metrów wysokości. I stoi na środku ogromnego ronda.
 

Wjeżdżamy na górę bezszelestną windą  i oglądamy panoramę miasta. Właściwie niewiele widać. Teheran położony jest u stop gór Elburs, w kotlinie. Nad miastem unosi sie kożuch smogu. Powietrze jest tak brudne, że nawet niektórzy mieszkańcy chodzą  w maseczkach na twarzach. Z wieży widać  trochę wieżowców i co ciekawsze   na horyzoncie zaśnieżone pasmo Elbursa  sięgające do ponad 5000 metrów n.p.m.
Na dole, gdy schodzimy z Azadi,  podchodzi do nas starszy pan i nieśmiało zagaduje kiepskim angielskim; skąd jesteśmy? Odpowiadamy, ze z Polski czyli Lahestanu. Pyta o Iran. Kiedy mówimy, że to ładny kraj,  ze skrzywieniem powiada- „Iran no good”-. Dawniej było lepiej- dodaje. Ciekawy świata, pyta następnie o Polskę, nazwy większych miast. Otrzymuje od nas widokówkę Warszawy z dedykacja i uszczęśliwiony odchodzi. W ogóle Teheranczycy sporo wiedzą o  naszym kraju.  
Jedziemy do kompleksu pałacowego Sa’d Abad. Na przestrzeni kilkudziesięciu hektarów, w środku parku, pomieszczono kilka znaczących obiektów. Znajduje sie tu miedzy innymi  Biały Pałac- letnia rezydencja ostatniego szacha.  Mohamad Reza Pahlavi zostawił po sobie ekskluzywną rezydencję.  

Wyposażenie godne króla.  Przed wejściem stoi dziwaczny pomnik. Nogi z brązu w butach z cholewami ponadnaturalnej wielkości- 3-4 metry wysokości.  To miał być pomnik szacha. Projektant  zdążył postawić tylko dolne kończyny. Reszty ciała nie skończono, gdyż szacha zmiotła rewolucja islamska 1979 roku. 
 Na następną noc przenosimy się do nieodległego hotelu Meszhed. Warunki panują tu surowe. Gospodarz okazuje się nadzwyczaj ciekawym człowiekiem. Bez skrępowania i z pełnym spokojem opowiada o swojej awersji do rządów prezydenta Achmadineżada. Nie wyznaję żadnej religii- powiada Ramseh. Dla Persów musi to być chyba bardzo obrazoburcze, gdyż są religijnym narodem. Dowiadując się, że nasza grupka jest z Polski uśmiecha się szeroko i powiada- Żubrówka. Zobowiązuje się nawet  załatwić dla nas alkohol. Co już dużym wyróżnieniem albo idiotyzmem, gdyż za to może otrzymać karę chłosty. Zapytany o Iran  Ramseh inteligentnie kończy: U nas jest tak jak u Państwa za komunistów. Ten dzień nie może się  zakończyć lepszą puentą.
Rankiem jedziemy metrem na dworzec autobusowy (farsi bus terminole), gdzie oczywiście część wagonu przeznaczona jest dla kobiet, a część dla mężczyzn i ruszamy autobusem do Isfahanu. Obydwa miasta dzieli dystans 400 kilometrów. Co przy dobrej autostradzie i kilkukrotnych postojach oznacza 6-7 godzin jazdy.  Droga może nie jest obłożona barierkami i elegancko pomalowanymi pasami ale nawierzchnia jest równa.  Jadąc autobusem możemy bliżej obserwować Irańczyków: są uprzejmi i grzeczni w odnoszeniu się do siebie.   Przyjechałem tu ze stereotypem w głowie, że wszyscy muzułmanie są prymitywni i próbują naciągać turystów. Nie w Iranie!  Niegdzie na dworcu nie widzę kłótni typowych dla tego miejsca. Nie ma nerwowości. Nie notujemy wyzwisk,  może… bo nie rozumiemy farsi. Ale słysząc grzeczny ton współczesnych Persów ; dziękuję, przepraszam na każdym kroku, moja rezerwa zmienia się w uprzejmość i nieco większą otwartość.
Do Isfahanu autobus dociera wieczorem. Gnaliśmy przez suchy płaskowyż skalny otoczony skalistymi szczytami.  Surowy krajobraz górzystej pustyni.

Isfahan

Isfahan wita nas słońcem i świetnym hotelem dla plecakowców. Amir Kebir położony jest przy głównej ulicy miasta niedaleko centrum. Gorąco polecam: skromnie i czysto. I co bardzo ważne blisko do centralnego majdanu (farsi mejdune) Imama Chomeiniego. Idziemy tam jeszcze tego samego dnia. To drugi co do wielkości plac świata. Wytyczono go w XVI wieku jako boisko do gry w polo. Szach Abbas Wielki zbudował dookoła niego wspaniałe meczety i bazar. Przykuwa uwagę potężny meczet Imama w przy południowej pierzei majdanu Imama.
                 
Ukończono go w 1629 roku po kilkunastu latach pracy. Do środka wchodzi się przez bramę wysokości  30 metrów.  Meczet imama mieni się kolorową okładziną ceramiczną. Iwan, minarety flankujące go oraz owalna kopuła meczetu robią niesamowite wrażenie.  Płytki, którymi obłożono meczet odznaczają się 7 kolorami i ułożone są przede wszystkim w motywy geometryczne.
W północnej flance mieści się mniejszy meczet szejka  Loft Allaha. Kiedy jednak wchodzę do środka robi piorunujące wrażenie.  Dominuje cisza i pustka. Dwaj Irańczycy intonują śpiewy. Brzmią jakby pieśni sufickie. Wschodnia mistyka. Cudnie zdobione sklepienie i spokój zachęcają do kontemplacji.
                    
Naprzeciwko meczetu mieści się pałac Ali Qapu. Łatwo go poznać po drewnianej galerii na piętrze.  Wchodzimy do góry. Rozciąga się stąd doskonała panorama placu i centrum Isfahanu. Majdan Imama okolony jest arkadowymi podcieniami, w których znajdują się sklepiki z pamiątkami i dywanami.

   

Właśnie do ostatniej pierzei przylega słynny isfahański bazar.  Handluje się tu wszystkim. W tym pięknymi i sławnymi dywanami perskimi. Można tu nabyć również miniatury perskie. Ale także misterną biżuterię i … mnóstwo tandety. Często krami dzielą miejsce z warsztatami, w których wykonuje się te cacka.
   
Na Plac Imama jeszcze wrócimy. Idziemy jeszcze do pobliskiego pałacu Chehelesotun. To urocza budowla położona w parku w centrum miasta.  Isfahan jest jak połowa świata- powiada perskie przysłowie. I rzeczywiście.  Znajdują się tu dwa pałace szacha.  Chehelesotun jest bliżej.  Od ulicy niewiele widać. Przechodzimy aleją wzdłuż stawu. Od frontu widzimy drewnianą kolumnadę podpierającą również drewniany strop pałacu. Dosłowne tłumaczenie nazwy  miejsca brzmi „pałac 40 kolumn”. W rzeczywistości jest ich o połowę mniej. Chyba, żeby policzyć ich odbicia w lustrze stawu. Drewno jest wyblakłe. Kolumny i drewniany strop mocno ucierpiały przez wieki.  Ale  i tak robią wrażenie.   Pałac powstał w XVII wieku.  Drewniane elementy zachowane są w oryginale. W środku na ścianach pysznią się oryginalne freski z czasów Abbasa Wielkiego.  Obrazy na ścianie przedstawiają sceny życia dworskiego. Na jednym widać szacha i dwór podczas uczty. Na innym równie świetnie namalowanym szach w otoczeniu dworu poluje.  W gablotach  pod nimi pomieszczono cenne elementy inwentarza dworskiego.   


Niedaleko położony jest pałac Hasht Behesht.  Równie piękny park ze stawem od frontu. Architektura budowla w stylu jednobryłowego pałacu o podstawie prostokąta.  Wieczorem  oglądamy  słynny most 33 łuków (Si-jo-se-pol) na rzece Zayandeh.
 
By wrócić na Majdan Imama Chomeiniego. Tym razem jest podświetlony z fontannami tryskającymi pośrodku. Cudny w wieczornym deszczu.


 Ale zostawiamy niebawem  Isfahan. Jeszcze tylko meczet piątkowy położony po drugiej stronie ogromnego bazaru. Podobno największy w Iranie. Ale co do tego mamy wątpliwości. W kramach po drodze można zobaczyć piękne, ręcznie tkane dywany perskie. Można też znaleźć tu niebagatelne arcydziełka zręcznych rak nomadów irańskich. Kupcy z bazarów jeżdżą po kraju i kupują te ozdoby namiotów koczowników i sprzedają turystom.                         

 
 Czasem zrobienie takiego kilimu czy dywanu trwa i dwa lata. Precyzyjna i żmudna robota. A byłbym zapomniał.  Warto pojechać do „trzęsących się minaretów” (manore dżambon) kilka kilometrów za Isfahanem. O godzinie 11 rankiem, wobec licznie zgromadzonej gawiedzi, facet wchodzi na jedną z dwóch wieżyczek kilkunastometrowej wysokości meczetu i zaczyna wykonywać  ruchy przypominające kopulacyjne szarpiąc szczyt wieży. Czym wprawia w drganie najpierw jeden minaret. Potem drgania przechodzą na drugi. Cud polega chyba  na tym, że te liche minarety nie zawaliły się jeszcze  od dobrych kilku wieków mimo takiej wątłej budowy. 
 


 Sziraz- południe

Następnym naszym celem jest Sziraz- serce Iranu. To miasto położone na południu państwa.  Od Isfahanu dzieli Sziraz około 400 kilometrów. Jedziemy rannym autobusem. Tym razem w pustynnej kurzawie. Nie ma burzy ale widoczność jest ograniczona unoszącymi się  drobinami pyłu pustynnego.
Dojeżdżamy do Szirazu. To miasto liczące 1,3 miliona mieszkańców jest najdalej na południe wysuniętym punktem naszej wyprawy po Iranie.  Najpierw idziemy do centrum obejrzeć twierdzę Karim-Chan. 

To forteca pochodząca jeszcze z XVIII wieku kiedy Sziraz został miastem stołecznym Persji. Zbudowano ją na planie czworokąta z cegieł palonych. Jest oflankowana wieżą na każdym rogu. A każda z wieżyczek zwieńczona jest krenelażem. Robi fajne wrażenie na tle dzikich gór. Jedna z wieżyc  odchylona jest mocno od pionu. Nie poddaje się prawom grawitacji.  Niewielka brama z boku prowadzi na dziedziniec.  Po środku staw z gajem z różnych drzew. Zwiedzającym udostępniono zaledwie kilka komnat. W jednym z pomieszczeń starszy pan wykonuje precyzyjnie miniatury perskie na sprzedaż (25 $ sztuka). Pędzel delikatnie i pewnie rusza się w jego ręce. Cudna robota- rzeczemy z godnie.  W innym pomieszczeniu zainscenizowano komnatę szacha. We wnętrzu kilka postaci w otoczeniu władcy.  Mimo tej ubożuchności warto było tu zajrzeć.


Sziraz jest uważany przez Irańczyków za serce Iranu.  Abstrahując od położenia mniej więcej w centrum państwa, przez długi czas było stołecznym miastem.  Spoczywają tu również dwaj najwybitniejsi poeci perscy: Hafiz i Sa’di. Oglądamy mauzoleum tego pierwszego.  Akurat jest wieczór. Mimo tego miejsce ostatniego spoczynku artysty jest tłumnie odwiedzane. Podwyższenie , na którym stoi sarkofag artysty otoczone jest pięknym parkiem z obowiązkową sadzawką.  Akurat wschodzi księżyc. Przy sarkofagu autora Księgi Królów małe zgromadzenie; dziewczęta czytają poezje Hafiza. Inni się przysłuchują. Panuje atmosfera skupienia. . Udziela się ona i nam. Spacerując pomiędzy drzewami odczuwam szacunek patrząc, jak Irańczycy oddają cześć swemu wieszczowi.  Urzeczeni wracamy do hotelu.

Persepolis
Ze spotkanym w Isfahanie kilka dni temu Irlandczykiem wybieramy się na jednodniową wycieczkę obejrzeć ruiny nieodległego Persepolis.  Wsiadamy do autobusu jadącego do Marvt-dasht kilkadziesiąt kilometrów od Szirazu. Stamtąd , po kłótni z taksówkarzem mkniemy do dawnej stolicy Persji.  Okazuje się, że ruiny Persepolis są właściwie na przedmieściach miasteczka.  Różne opinie krążą wśród podróżników o tym tajemniczym mieście na pustynnym płaskowyżu. Wielu jest rozczarowanych, że niewiele zostało po najpotężniejszym z miast Bliskiego Wschodu. Ja idę na spotkanie tajemniczej stolicy starożytnego imperium z bijącym sercem.


Ruiny Persepolis zajmują kilkanaście hektarów i położone są u stóp niewysokiego wzgórza. Z drugiej strony rozciąga się równina otoczona górami.  Wchodzimy po kamiennych schodach do miasta stojącego jakby na scenie powyżej otaczającej je równiny, na takim tarasie.   Zaraz przekraczamy Bramę Narodów strzeżoną przez byki z głowami królów i witają nas kolumny z kapitelami w kształcie gryfów. Zostało ich kilkanaście. Mają po około 20 metrów wysokości.


 Persepolis zaczęto budować ok. 518 r. p.n.e. za panowania Dariusza Wielkiego.  Oglądamy grobowiec króla Artakserksesa II wyżłobiony powyżej platformy, na której stoi miasto, w zboczu wzgórza. Rozciąga się stąd piękna panorama. Schodzimy.  Oglądamy niewielkie muzeum z drobnymi przedmiotami wykopanymi przez archeologów w ruinach. Następnie idziemy w stronę słynnej apadany- ruin sali „100 kolumn”, w której Dariusz Wielki przyjmował procesje poddanych.  Na schodach podziwiamy relief ze słynną procesją darów.  Na zdjęciach orszaki 28 narodów niosących dary dla króla wyglądają potężnie. W rzeczywistości postacie są naturalnych rozmiarów. Ale robią ogromne wrażenie na mnie. Są monumentalne, poważne i uroczyste. Przenoszą z łatwością 23 wieki wstecz, kiedy Dariusz był najpotężniejszym władcą na świecie. Rządził imperium od Indii do Egiptu.  Co roku przedstawiciele 28 satrapi znosili mu bogate dary: kunsztowną broń, złoto, łowne sokoły, biżuterię z masy perłowej, złoto i mirrę,  tresowane lwy, pantery i gepardy do polowań  i najprzedniejsze tkaniny. Boski król namaszczony przez najwyższego boga Ahuramazdę przyjmował je zza półprzezroczystej zasłony, siedząc na wysokim tronie, tonąc w oparach palonego kadzidła.
Oglądamy też relief ze słynną gwardią nieśmiertelnych- jakbyśmy dziś powiedzieli komandosów- doborowych wojsk króla, składających się z wiernych Persów i Medów- stróżów porządku i władzy w imperium.


 Dalej widzimy niesamowicie dramatyczne płaskorzeźby walczącego byka i lwa- symbole siły i władzy króla. Persepolis zdobył i spalił Aleksander Wielki w 330 roku przed Chrystusem..
Wracamy do taksówki i jedziemy do pobliskiego Naksz-e-Rustam. Tu chowano królów perskich.  Na ścianie skalnej wysokości ponad 100 metrów wydłubano grobowce w kształcie krzyża równoramiennego. Są one wielkości 30-40 metrów. Ze skalną komorą po środku, na ciało królewskie.  Jeden  grobowiec w odległości kilkudziesięciu metrów od następnego.  Nekropolia najpotężniejszych władców ówczesnego świata mieści 8 grobów.  Robią kolosalne wrażenie.  Poniżej niektórych płaskorzeźby przedstawiające najświetniejsze wyczyny Achemenidów i władców z dynastii sasanidzkiej. 

    
 Jedziemy jeszcze do Pasargady- pierwszej stolicy, zbudowanej przez Cyrrusa wielkiego- niestety niemal kompletnie zniszczonej. Znajduje się tam jednak świetnie zachowane mauzoleum tego króla przypominające nieco zigurat. Gorbowiec króla splądrowano jeszcze przed najazdem armii Aleksandra, który podobno dał upust  obrzydzeniu dla braku szacunku Persów dla zmarłych.  Za to bryła mauzoleum  w pięknym otoczeniu z zaśnieżonymi górami na horyzoncie robi  wrażenie.  


Choć, ponieważ Pasargady jest odległe od Persepolis o 140 kilometrów, nie każdy tam jeździ. Może warto.

Yazd- Freddi Mercury i zoroastrianie

Następnym punktem wyprawy jest Yazd. 500-tysięczne miasto położone w pobliżu geograficznego centrum Iranu.  Autobusem z Szirazu jedziemy do Yazd (400 km) ok. 7 godzin. Po drodze mijamy dzikie góry. Yazd jest magicznym miejscem na trasie. Niby nie ma tu nic wyjątkowego. Głównym punktem jest meczet Amir-Czokhmaq  w centrum, muzeum wody i starówka.


            
Ale wypoczywa się tu po trudach poprzednich miast. Znajdują się tu dwa najlepsze hotele na Tarsie: Silk Road Hotel i położony vis’a vis Orinet Hotel. Obydwa mają znakomicie przygotowane pokoje dla turystów i to za przystępną cenę.  W Yazd jest znacznie spokojniej. Zwiedzamy meczet na placu Chomeiniego w centrum, na który można się wspiąć i z góry zobaczyć centrum miasta i wieże wiatrowe (badgiry)- charakterystyczne kominy z pionowymi szczelinami, które służą od setek lat za klimatyzatory latem. W Yazd temperatura wtedy dochodzi do 50 stopni. A kiedy wiatr zawieje, to ochładza pomieszczenia dzięki tym wieżom.  Przy placu jest również muzeum wody, mieszczące się w piwnicach domu przy placu. Pokazano tam w ciekawy sposób jak dawniej zaopatrywano się w wodę.  Na starówce przespacerować się wąskimi zaułkami i zobaczyć bramy do domów z dwiema kołatkami; żeńską i męską. Wydają inne dźwięki i wiadomo kto przychodzi w odwiedziny.
Yazd jest znane jako nieformalna stolica Zoroastrian. To starożytny kult- pierwsza religia monoteistyczna, która dotrwała do współczesności. W Yazd żyje kilkadziesiąt tysięcy czcicieli wiecznego ognia. Odwiedzamy ich świątynię (oteszkiande) zbudowaną w latach 30-tych XX wieku.


              
W środku  za szybą płonie wieczny ogień. Jak nam powiedziano od 1500 lat. Podobno cały czas ktoś przy nim strażuje i dokłada, żeby nie zagasł. Mało kto pamięta, że najbardziej znanym zoroastrianinem był Freddi Mercury z zespołu Queen. 
Na przedmieściach znajdują się na skalistych wzgórzach dwie wieże milczenia. Dawniej zoroastrianie wynosili w procesjach swoich zmarłych na te wieże i tam zostawiali zwłoki sępom na pożarcie.  Jedna wieża była dla kobiet, druga dla mężczyzn. Ostatni szach zakazał tych praktyk. Na niedalekim cmentarzu czciciele ognia chowają zmarłych w zalewie betonowej w grobowcach przypominających europejskie. Ale warunek jest taki, że ciała nie mogą dotknąć ziemi. Robi to wrażenie.
          
         
Kashan i Qom

Po Yazd, w którym chciałoby się zostać dłużej pora na powrót do Teheranu. Po drodze oglądamy Kashan.  Warto na to miasto przeznaczyć nie więcej niż pół dnia. Wrażenie robi meczet Aqa Bozorg. Nietypowy. W podwórzu, na poziomie -1 umieszczono medresę.



Qom to miasto ważne dla szyitów. Tu znajduje się jedno z najświętszych sanktuariów religijnych- mauzoleum Fatimy- siostry imama Rezy. To miasto konserwatywne. W cieniu świątobliwego meczetu urodził się późniejszy Ajatollach Chomeini. Mauzoleum robi wrażenie. Przybywają tu rzesze pielgrzymów. W kramach w okolicy jest pełno. Mogą być kłopoty z wejściem do środka. Czasem nie chcą wpuścić obcokrajowców, chociaż oficjalnie wolno wejść do środka i co ciekawe fotografować. Nam trzeba było uzyskać osobny glejt od mułły z centrum międzynarodowego przy meczecie, żeby nas wpuszczono. Chociaż koleżanka opatulona w czarczaf weszła do wnętrza przez nikogo nie indagowana.
Wracamy do Teheranu, do którego zawitała w międzyczasie wiosna. I przed wyjazdem ostatecznym wybraliśmy się do mauzoleum Chomeiniego- potężnego kompleksu religijno-handlowego, które cały czas jest jeszcze w budowie. Opodal znajduje się potężny cmentarz wojskowy- ofiar wojny irańsko-irackiej. Robi poważne wrażenie. Po płaskich płytach grobowych wpuszczonych na płasko w ziemię chodzą liczni odwiedzający. Gdzie niegdzie zdjęcia młodych ludzi w mundurach. To pewnie polegli. Wojna pochłonęła potężną ilość ofiar . Całe rodziny zbierają się i wspominają synów, braci, mężów. Przy tym posilają się na cmentarzu, częstują innych odwiedzających ciasteczkami czy cukierkami.


 
Tabriz- północno-zachodni Iran

Nocą jedziemy luksusowym pociągiem do Tabrizu. 13 godzin z Teheranu i jesteśmy w największym mieście na północy państwa.  W Tabrizie do obejrzenia jest ciekawy niebieski meczet. Opodal znajduje się muzeum Azerbejdżanu z obiektami wartymi uwagi z czasów sasanidzkich; złote talerze, patery. Ceramika. Warto wybrać się na spacer do odległego parku Shahgoli (taksówka 2 $), gdzie na małym stawie stoi pałacyk z czasów dynastii adżarskiej. Zbierają się tu młodzi mieszkańcy Tabrizu i jeżdża na rolkach, rowerach czy po prostu spacerują.  W okolicy Tabrizu (50 km) znajduje się Kandovan- ciekawa wioska. Taka mini-Kapadocja.



Ludzie mieszkają w piaskowcowych domach wykutych w grzybach skalnych.
Natomiast do Ardabilu warto jechać, jeśli macie więcej czasu i chcecie dostać się nad morze Kaspijskie.  Droga przez góry sięgające ponad 4 tys. metrów n.p.m. jest malownicza.
Z Tabrizu najłatwiej pojechać autobusem do Turcji. To fragment znanej trasy lądowej z Europy do Indii. My pojechaliśmy przeciwnie; z Iranu do Stambułu.